Rodzic to nie bankomat

Rodzic to nie bankomat

„Mamo, kup batona!”. Mama kupiła batonika, nawet dwa batoniki i  na dopych loda na patyku. „Tato, kup fidget spinnera!”. Pewnie, że tata kupi, przecież kocha dziecko. Trzysta na najki, dwa koła na smartfona. I tak leci. Ostatnio widziałem w wielu miejscach w sieci wypisane żale na temat tego ile kosztuje odchowanie dziecka. Milion, siedemset tysięcy, pięćset tysięcy. Najniższa kwota jaką widziałem to chyba 200 tysięcy. I teraz uwaga: ktoś, kto mówi, że na wychowanie jednego dziecka potrzebuje 1000000 złotych chce mi powiedzieć, że przez 21 lat – bo zakładam, że to maksymalna granica utrzymywania dziecka – ma zamiar przeznaczyć na nie 3968,25 zł miesięcznie. Cztery tysiące miesięcznie! A jak mówię o oszczędzaniu pięciu na miesiąc to patrzą na mnie jak na kosmitę. Jeśli przyjmę ten najniższy wymieniony wymiar kary, czyli 200 tysięcy, to wyjdzie 793,65 złotych na miesiąc. Bardziej wiarygodnie, ale dla mnie to i tak mocno naciągana kwota. Nie wydaję tyle na siebie (nie wliczając jedzenia). Czy te dzieci jedzą tą kasę, czy co? (czytaj dalej…)

Zacznę od tego, jak długo rodzic powinien utrzymywać dziecko. Daruj sobie ten kit, że trzeba utrzymywać dziecko do momentu, aż skończy edukację. Dzisiaj to już może trwać do trzydziestki i piątego kierunku studiów. Ja na siebie pracowałem odkąd skończyłem liceum. Pracowałem też wcześniej, ale będąc szczerym – nie mogę tego nazwać utrzymywaniem się. Wtedy zarabiałem jakieś 4 złote na godzinę przy pracach typu roznoszenie ulotek z pizzerii. Później już dokładałem się do czynszu, bardzo szybko się wyprowadziłem z domu i z mniej-więcej roczną przerwą na przegrupowanie się, mieszkałem już „na swoim”. To znaczy – na wynajętym. Teraz spotykam osoby, które mają 25 i więcej lat i nadal się same nie utrzymują. Owszem, czasem mieszkają same, ale czynsz opłaca rodzic.

Jesteś moim czytelnikiem, więc wiesz, że staram się wieść oszczędne życie i wcale nierzadko muszę odpierać ataki osób, które uważają, że jestem sknerą. Jestem dla nich sknerą, bo odmawiam rozpirzania zarobionej przez siebie kasy. Jak nazwiesz w takim razie takie żerowanie na rodzicach? No właśnie. Moim zdaniem 21 lat to wiek, w którym dziecko (czy aby nadal „dziecko”?) powinno już być całkowicie samodzielne. Jeśli warunki pozwalają, to pewnie! Niech mieszka z  rodzicami, ale niech rozumie, że skończył się freeloading i dorzuci parę monet do czynszu i lodówki. Już przed 21 urodzinami jakiś zarobek młodzian powinien ogarniać, ale wiadomo – niech się nim nacieszy chwilkę i poszaleje. Rozumiem, że na tym etapie część rodziców chce dać potomkowi taki luz. Ja też swoje pierwsze wypłaty wydawałem na dołożenie do mieszkania, a resztę wydawałem co do grosza w pierwsze trzy dni. Ale to nie może trwać wiecznie, więc jak dla mnie limit to właśnie 21 lat. Później, to już sorry – dorosłe życie, nic za darmo. Niech nie myśli, że w życiu będzie tak łatwo. Oszczędzisz mu szoku i rozczarowania.

Zestaw zabawek
Zestaw używanych zabawek kupiony na portalu ogłoszeniowym za 50 zł.

Druga sprawa, to wydatki na dzieci. Jestem na początku tej drogi i na swoje jeszcze trochę ponad miesiąc poczekam, więc będę teoretykiem. Możesz mnie za to zjeść – i tak wyrażę swoje zdanie. Przygotowując się do roli rodziców wydaliśmy do tej pory złotych jakieś kilkaset. Wliczam w to zapas pieluch na trochę ponad miesiąc. Takich z Biedronki, niemarkowych. Reszta rzeczy albo pożyczona, albo otrzymana, albo zgarnięta za grosze na portalu ogłoszeniowym. Tak, jak pisałem w „Co, nie stać Cię? Biedny jesteś”Twoje dziecko to nie royal baby i nie musi mieć kaszmirowego kocyka, ubranek z Zary i najdroższych pieluch w które i tak przecież bez sentymentów walnie kupsko. Twoja rodzina i znajomi pewnie schomikowali sporo rzeczy, które mogą Ci pożyczyć – może warto zapytać zamiast dla zasady wyrzucać kasę, bo przecież Cię stać. Wypierzesz, wyczyścisz i oddasz później dorzucając parę rzeczy od siebie i może jakąś butelkę wina w podziękowaniu. Dla porównania – znajomi jeszcze przed urodzeniem się dziecka wydali kwoty sięgające kilkunastu tysięcy złotych. Co będzie później? W takim tempie to się zgadzam, możesz dobić do miliona w wydatkach na dziecko, a przecież nie o take mylion walczylem!

DIY Kostka sensoryczna dla niemowlaka
Kostka sensoryczna dla niemowlaka wykonana własnoręcznie przez moją żonę. Kliknij, aby powiększyć.

No ale właśnie. Czy te wszystkie zakupy są potrzebne Tobie, czy dziecku? Zaspokajasz potrzebę dziecka, czy swoją? Jakież te dzieci mają potrzeby? Chcą zjeść, chcą być przytulane, chcą być czyste. Koniec. Później lista się wydłuża, ale to nie znaczy, że dziecko musi mieć wszystko, czego chce. Powtarzam – im szybciej się nauczy, że nie wszystko mu się należy, tym szybciej przystosuje się do dorosłego życia, a o to rodzicowi chyba chodzi, nie?

Regał pełen ubranek dla malucha. Wszystko pożyczone.

Jeśli już wiek niemowlęcy i wczesnodziecięcy jest zamknięty, to przychodzi czas na młodzież. Tutaj dochodzą wydatki szkolne, więc pewnie trochę średnia wydatków się podniesie, ale też nie popadajmy w szaleństwo. Ja przez całą edukację miałem 80% używanych podręczników. Jak nie było używanych, a nowe były za drogie, to miałem kserówki. Takie oldschoolowe piractwo. Był też zwyczaj kupowania jednej książki na ławkę. Teraz, kiedy internet jest powszechny, to jedna książka na ławkę jest więcej niż wystarczająca, bo zadania domowe dzieciaki robią z pomocą sieci, a nie podręcznika. Dzięki temu nie muszą o 19 biegać do bloku kolegi, żeby przekazać podręcznik potrzebny do zrobienia zadania z polskiego. W sprawach szafowych, to garderoba może i trochę droższa, ale z ciuchów się wolniej wyrasta, a nowe mają być użyteczne i schludne – nie muszą być koniecznie markowe. Kup dziecku czasem coś lepszego, żeby nie czuło się wykluczone, ale please – nie miesiąc w miesiąc.

Na studiach niech już coraz więcej potomek ogarnia samodzielnie. Chce najki? Niech sobie zarobi na umowie zlecenie w jakiś weekend. Teraz wcale nie brakuje pracy. Swoją drogą – czemu wszyscy te najki chcą? Jakie inne wydatki? Nakarmić trzeba, dach nad głową dać wypada, ale na tym etapie już człowiek jest samowystarczalny, więc jeśli ma dwie ręce i dwie nogi, to niech zarobi na imprezy i gadżety. Im wcześniej zacznie ćwiczyć zdobywanie źródeł dochodu i zarządzanie finansami, tym lepiej dla niego.

Na tym etapie rodzice robią niezrozumiałą dla mnie rzecz. Być może jest to spowodowane syndromem pustego gniazda i chęcią czucia się potrzebnym – ciężko stwierdzić. Zamiast cieszyć się możliwością poświęcenia sobie trochę większej ilości czasu i być może zrobienia czegoś, co zawsze chcieli zrobić, ale nie było czasu/możliwości/pieniędzy (niepotrzebne skreślić), planują kupowanie mieszkania dla dziecka, odkładają pieniądze „na przyszłość dziecka”, kupują samochód i płacą za wesele. Dlaczego? Jeśli tak robisz, to jaki komunikat wysyłasz dziecku? Że jesteś bankomatem?

Bill Gates nie zostawi swojej fortuny dzieciom. Wiesz dlaczego? Bo poza tym, że chce ją przekazać na cele charytatywne, to chce dać im możliwość osiągnięcia czegoś w życiu własnymi rękoma. Pewnie – jego dzieciaki idą do świetnych szkół i mogą się spokojnie poświęcić edukacji, to kompletnie inny level, ale widzisz – mógłby im po prostu wszystko dać, ale decyduje się tego nie robić. Daje im możliwości, ale nie daje rozwiązań ani środków.

Ja otrzymałem ogromne wsparcie. Cały ogrom tego wsparcia polegał na tym, że nie było ono finansowe. Zostałem nauczony, że kto nie pracuje, ten nie je. Nie dosłownie oczywiście, bo choćby nie wiadomo co się działo, to miałem co jeść i gdzie spać. Zostałem nauczony szacunku do pracy. Dzięki temu wiem, że jak włożę w coś wysiłek, to mi się to zwróci. Teraz często obserwuję u ludzi wkraczających na rynek pracy odczucie, że wynagrodzenie należy im się niezależnie od tego, czy wykonują pracę, czy nie. Już nawet nie mówię o jakości wykonywanej pracy. Za sam fakt pojawienia się w pracy oczekują nagród i są zniesmaczeni, jeśli ich nie otrzymują. I wiesz co? Nie winię ich, bo do tego właśnie zostali przyzwyczajeni. Rodzice płacą za mieszkanie, studia, samochód, ślub i wesele. Kiedy mieli się nauczyć szacunku do pracy i szacunku do pieniędzy, jeśli nie dostali takiej możliwości? Człowiek instynktownie wybiera najłatwiejsze wyjście, więc nic dziwnego, że skoro ktoś dawał, to brali. Pewnie, że nie ma reguły i nie każdy, kto dostał wsparcie finansowe od rodziców jest taki, jak opisałem, ale to trend, który się powtarza częściej i częściej. Może więc jednak zamiast robić wszystko za swoje dziecko pozwól mu mieć swoją przygodę? Ty będziesz kontynuował swoje, niezależne finansowo życie, a on będzie budował swoje. Pozwól mu upaść i wstać o własnych siłach. Pozwól się nauczyć na błędach i nauczyć osiągać sukcesy. Swoje sukcesy.

11 Replies to “Rodzic to nie bankomat”

  1. Cześć, zgadzam się z powyższym. Nie można przesadzać i wszystko robić za własne dzieci, niestety teraz większość dzieciaków, a nawet studentów ma wszystko i nie potrafi tego docenić…

    1. oj tak albo wszystkie siedza na tabletach telefonach i laptopach po prostu tragedia :/

  2. Poki co ten problem mnie nie dotyczy, ale rozumiem ból rodziców… ale tak jak piszesz 200 tys to zdecydowanie za dużo

  3. Hej! Zgadzam się z Tobą, że systemowe utrzymywanie dziecka do momentu, kiedy się usamodzielni jest bezsensu i robi się mu tylko krzywdę z tego powodu. Ważne jest jednak, żeby zacząć od początku przedsiębiorczości i samodzielności. 🙂

  4. Sama odkąd skończyłam 16 lat chodziłam na zbiory owoców, roznosiłam ulotki ect. Choć moi rodzice nigdy do biednych nie należeli, to zawsze wpajali nam, że każdy powinien samemu starać sie odłożyć coś na swoje przyjemności. Teraz studiuje medycynę, mam niewiele czasu na przyjemności i pracę, ale coś tam staram się zarabiać w weekendy i wakacje. Niestety nie wystarcza to na czynsz i rodzice dokładają się do tego. Może i zostanę potępiona za to, co napisze, ale uważam, że nie ma w tym nic złego. Pomagają mi spełniać marzenia i bez nich nie byłabym w stanie utrzymać się.

    1. Wiesz co, wygląda na to, że starasz się jak możesz. Studiujesz medycynę, więc to jest akurat kierunek, który myślę, że wymaga sporo czasu poza zajęciami. Jeśli mają taką możliwość to niech pomagają, pewnie. Sam fakt, że podejmujesz jakąkolwiek pracę w weekendy pokazuje, że jesteś zmotywowana, żeby „ciągnąć” jak najmniej od rodziców i to wydaje mi się OK. Powodzenia w nauce 🙂

  5. Swoje dziecko uczyłam gospodarowania kasa od najmłodszych lat. Miał swoje
    Kieszonkowe i mógł je przeznaczyć na
    Coś konkretnego lub na batoniki. Przez pierwsze miesiące kupował duperele, szybko przekonał się, że Warto odłożyć i kupić coś konkretnego. Sadze, że taka edukacja jest bardzo potrzebna każdemu dziecku. Bo uczy odpowiedzialności. A to przydaje się w dorosłym zyciu.

  6. Trochę skrajnie to przedstawiłeś Mateusz. Jasne, że holowanie dziecka do trzydziestki to gruba przesada. Też daleki jestem od kupna każdego gadżetu na zawołanie. Czasami jednak jako rodzic umawiając się z dzieckiem, że czegoś od niego oczekujemy, sami możemy poczuć satysfakcję sprawiając mu ponad standardową przyjemność. Choćby przytaczane najki. Oby nie co miesiąc tak jak napisałeś. Dobrze i mądrze go kształtując z pewnością wyniesie z tego naukę. Zgadzam się też z Jane Kowalski. Rodzice mogą pomóc realizować marzenia. Te marzenia mogą pokrywać się z chęciami rodziców i pozwolić zrealizować marzenie o tym by ich dziecko miało kiedyś lepiej od nich. Nie wszyscy są spokrewnieni z Gatesem. Tzw zdrowy rozsądek się przydaje.

    1. Hej Darek, zdrowy rozsądek to klucz, ale każdy ma inne rozumienie tego zdrowia. Nie przedstawiam skrajnego przypadku – przedstawiam to co widzę. Raz na czas można coś kupić dziecku, a nawet lepiej – tak jak pisała właśnie Jane – pomóc mu kupić sobie coś samemu. Wynagradzając dziecko można mu np. dorzucić brakującą kwotę do jakiegoś zakupu. Dziecko wkłada swój „kapitał”, a my swój. Oczywiście, że czasem można po prostu coś dziecku kupić, to jest OK, ale widzę w swoim otoczeniu, że dzieci są tak obsypywane prezentami, że już ich to nawet nie cieszy.

  7. To jest ten ból naszych czasów niestety – znam takie rodziny gdzie rodzice są nazbyt opiekuńczy wobec swoich dzieci i tylko gonią wokół nich, nie wymagając nic w zamian…smutne to. Obyśmy się nie doczekali czasów kiedy to i 40-latki będą na utrzymaniu rodziców!

  8. Mateusz – widać że na razie teoretyzujesz 🙂
    Sam z tego co piszesz musiałeś szybko się ogarnąć i tego samego oczekujesz od swojego potomka. Jest tylko jedno ale . Jesteś lepiej wyedukowany pod kątem finansów. Masz duże prawdopodobieństwo na osiągnięcie sukcesu. Większe niż Ci którzy konsumują wszystko.
    Zakładam że odniesiesz sukces i będzie Ci się dobrze i spokojnie finansowo żyło. A skoro tak – możesz już nie mieć tak twardego podejścia do dziecka. Dojdzie kwestia uczuć – i tego jak wiele dla Ciebie znaczyć będzie jego uśmiech 🙂 I zachwyt – że pokazałeś mu coś – czego jeszcze nie widziało 🙂 Prawie jak bycie czarodziejem czy dobrą wróżką 😉 I za takie chwile ja jako rodzic płacę. I jeszcze sprawia mi to przyjemność ;D To samo z wycieczkami szkolnymi. Puszczam córę na wszystkie jakie są organizowane i w których może uczestniczyć. I płacę za to z reguły. Chcę by poznawała świat i miała szerszą perspektywę niż ja w jej wieku. Czy to źle?
    Zresztą na ten temat pewnie uczciwie będziemy mogli pogadać za jakieś 5 – 7 lat 🙂 Kiedy Twoje dziecko będzie już trochę bardziej ogarnięte – a ja będę po buncie nastolatatki i przed buntem drugiej 😀 Wtedy – kto wie może ja przyznam rację Tobie – a Ty mi 😀

Dodaj komentarz