Rzeczy, które rujnują Ci życie: Jedzenie w pracy

Jedzenie w pracy

Uwielbiam ten moment, kiedy przychodzi pora obiadowa, robię przerwę od pracy i udaję się do kuchni w celu spożycia wspaniałego, domowego obiadu. Tak, lubię jeść. Jeszcze tego po mnie nie widać i staram się, aby nigdy tak nie było, ale jeśli małżonka dalej będzie rozwijać swoje kulinarne zdolności w ten sposób, to może być ciężko utrzymać wagę na relatywnie niskim poziomie. Wyciągam swój pojemnik z jedzeniem z lodówki, otwieram wieczko, żeby sprawdzić co dziś ciekawego do wchłonięcia, po czym wyrzucam zawartość na talerz i pakuję do mikrofalówki. Niestety w biurach to jedyny sposób na podgrzanie przyniesionego z domu obiadu. Po paru minutach mogę zacząć jeść swój ciepły na obrzeżach i chłodny w środku obiad. Uroki mikrofalówek. (czytaj dalej…)

Ile kosztuje taki obiad? To zależy, bo jeśli mówimy o prostym, ale smacznym makaronie z serem, to mniej niż trzy złote. Jeśli jakieś mięsne danie, to około 6-7 złotych. Bardzo rzadko zdarza się, żeby jedna porcja ugotowanego w domu obiadu kosztowała więcej niż 10 złotych. Przy gotowaniu nie podliczamy kosztów – tak po prostu wychodzi. Pewnie gdybyśmy starali się zminimalizować koszt, to wyszłoby jeszcze mniej. Razem z takim obiadem zazwyczaj zabieram ze sobą bułkę. Koszt przygotowania bułki to mniej niż 2 złote (i to zdecydowanie mniej).

Kolorowe kotlety
Bardzo smaczne kolorowe kotlety uchwycone dzięki moim ponad przeciętnym umiejętnościom fotograficznym. Kliknij, aby zobaczyć przepis.

Do pracy noszę ze sobą jedzenie kosztujące średnio nie więcej niż 10 złotych (a zazwyczaj nawet mniej). Bułka included. Często współpracownicy nie dowierzają, że to jedzenie przyniesione z domu, co chyba powinienem traktować jako komplement. Dla większości gotowanie w domu nie istnieje. Albo kupują jedzenie na wynos, albo przywożą je wracając z wizyt w domach rodzinnych. Zapytani dlaczego nie gotują w domach odpowiadają, że nie posiedli tajemnej umiejętności przygotowywania posiłków, która przecież jest nauczana w tajnych, podziemnych stowarzyszeniach. Wiem, zaraz powiesz, że przecież sam swoich obiadów nie gotuję, a mam czelność się wymądrzać. Nie gotuję, ale to nie znaczy, że nie potrafię. Jak będzie trzeba to przygotuję jakąś przyjemną karkówkę po hawajsku, kurczaka, albo jakieś inne wymysły.

Klasycznie w porze drugiego śniadania pojawia się Pan Kanapka ze swoim ogromnym wyborem bułek, kanapek, sałatek, jogurtów, a nawet sushi. W kolejce ustawia się kilkadziesiąt osób skłonnych kupić bułkę, sałatkę i jogurcik. W zależności od tego jaką wybierzesz, na bułkę wydasz około 4 złotych. Nie mam pojęcia ile kosztuje sałatka i jogurt, o sushi już nie mówmy. Dla niektórych rachunek tutaj zamyka się w tych 4-5 złotych. Pozostali biorą kilka produktów, więc pewnie bezpiecznym założeniem będzie, że wydają 15 złotych.

Papryka z ryżem i mięsem
Ryż, mięso mielone, ser i pomidor w papryce.

Po skonsumowaniu kanapki, której przygotowanie zostało zlecone podwykonawcy ze względu na brak czasu, umiejętności, albo chęci, przychodzi czas na obiad. Tutaj rozpiętość cenowa jest spora, ale możemy założyć, że średnio taki obiad kosztuje około 16 złotych. Warto zwrócić uwagę, że wnioskując po recenzjach słyszanych w kuchni jak i własnych doświadczeniach obiad ten nie jest najwyższych lotów. Niedogotowany ziemniak, czy przesolony kotlet to nic nowego.

Już wiemy jak wyglądają koszty jedenia, ale trzeba też się czegoś napić. Zauważyłem, że automat ze słodkimi napojami nie narzeka na brak klientów. Koszt puszki w takim automacie to 2 złote. Wiem, że zwyczaj picia tego dziadostwa jest powszechny i często jest to więcej niż jedna puszka dziennie, ale zakładam różowe okulary i liczę jedną puszkę dziennie.

Teraz coś, co lubię najbardziej. Uogólnione, uświadamiające wyliczenia!

Koszt śniadania: 4 złote

Koszt obiadu: 16 złotych

Koszt napojów: 2 złote

Łącznie: 22 złote dziennie. 110 złotych tygodniowo. 462 złote miesięcznie. 5544 złote rocznie. A policzyliśmy tylko 4 złote wydane u Pana Kanapki. Popatrz, po 10 latach wydałeś na żarcie w pracy 55 tysięcy złotych. Tyle chyba kosztuje nowa Fabia, której zresztą żaden aspirujący milioner nie kupi.

Niezła kwota, prawda? Dla porównania, licząc nawet tę nadmuchaną wersję moich wydatków żywieniowych, rocznie wydam 2520 złotych na jedzenie w pracy. Kwota o ponad połowę mniejsza, a i tak mocno zawyżona, ponieważ policzyłem 10 złotych dziennie.

Widzisz ile możesz zaoszczędzić nabywając tajemną umiejętnośc gotowania? Myślę, że nadużyciem jest nazywanie tego oszczędnością. Oszczędzanie kojarzy się z odmawianiem sobie czegoś, a tutaj jest wręcz przeciwnie. Dajesz sobie możliwość zjedzenia smacznego obiadu. Dajesz sobie możliwość ćwiczenia umiejętności gotowania. Dajesz sobie też możliwość uniknięcia zachorowania na cukrzycę nie pijąc słodzonych napojów.

Kurczak w sosie koperkowym
Pojemnik pełen wybornego kurczaka w sosie koperkowym. Zapas na kilka dni! Kliknij, aby zobaczyć przepis.

Codzienne kupowanie jedzenia przygotowanego przez kogoś innego jest tak naprawdę wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Niektórzy robią to z lenistwa (ups, przepraszam! Z braku czasu), niektórzy uważają, że im się taka przyjemność należy, a jeszcze inni ślepo podążają za stadem i boją się z niego wyłamać, bo jeszcze ktoś pomyśli, że są biedni i ich nie stać.

Jeśli Twoim wytłumaczeniem jest brak czasu, to pozwól, że opiszę ile trwa przygotowanie obiadów  i śniadań do pracy. Średnio przygotowanie jednego obiadu wynosi 18 minut. Jak to możliwe? Możesz przygotowywać obiad raz w tygodniu. W sobotę poświęcasz półtorej godziny na zrobienie sobie jedzenia na cały tydzień. Przygotowujesz mięso i wrzucasz je do zamrażarki. Jeśli obiad wymaga ugotowania makaronu lub ziemniaków, to robisz to wieczorem na kolejny dzień. Zajmuje to kilkanaście minut. Pamiętaj, że nie fair jest wliczać do czasu przygotowywania obiadów czas pieczenia, lub gotowania o ile nie musisz w tym czasie stać nad kuchenką. Oglądanie TV w czasie, gdy zapiekanka się piecze, albo ziemniaki gotują nie liczy się jako czas przygotowywania obiadu!

A, jeszcze bułka. Tak drobna sprawa, że prawie zapomniałem. Bułkę robię w max 10 minut. I to tak serio max.

Aby oszczędzić bardzo duże kwoty – bo jak inaczej nazwać kilka tysięcy rocznie – na niepozornym temacie, jakim jest gotowanie, musisz obudzić w sobie chęć do nauczenia się czegoś nowego i odrzucić ideę płacenia komuś za wykonanie podstawowej czynności. Pewnie, że nie musisz. Jeśli ma Cię to unieszczęśliwić, to tego nie rób. Zadaj sobie tylko pytanie – jeśli ugotowanie obiadu Cię przerasta, to czy nie wpadasz trochę za głęboko w wir wygodnickiego życia i czy wygodnie będzie Ci pracować przez kolejne 30, albo więcej lat.

Poniżej – jako gratis – największy fan domowego gotowania, a raczej fan spadania domowego jedzenia na podłogę.

Pies
„Dobra, już wracajmy! Może będziecie coś gotować?”

8 Replies to “Rzeczy, które rujnują Ci życie: Jedzenie w pracy”

  1. Dobrze, że zawsze gotuję sobie sama do pracy i słyszę tylko „że Ci się chce” przynajmniej wiem co jem i na dodatek teraz widzę ile oszczędzam. Dzięki!

  2. Kupne kanapki to zjadacze pieniędzy i czasami zdrowia. Lepiej zrobić je samemu 🙂

    1. Jak zrobisz swoją kanapkę, to przynajmniej wiesz co jest w środku 🙂

  3. Do pracy póki co noszę ze sobą śniadanie – na obiad zdążam do domu 😉

  4. Całkowicie i absolutnie się zgadzam! Zabieranie jedzenia ze sobą jest nie tylko tańsze, ale często również smaczniejsze! A ilość możliwości wydaje się nieskończona.

  5. Katarzyna Płuska says: Odpowiedz

    Mateusz jaki Ty jesteś normalny. Uff. Nie stylizujesz się na korpo wyjadacza, który zajada to co modne. Co więcej jak czytałam o Twoich znajomych z pracy, którzy dziwią się że można gotować w domu, to moja pierwsza myśl – ale kuchnie mają pewnie odwalone na biało, połysk vel. rustykalny sznyt;-) Gotować nie potrafię – małżonek po pracy głodny – to zje. Wyboru nie ma 🙂

  6. Katarzyna Płuska says: Odpowiedz

    P.S. Ale kanapki robię ponoć wyborne 🙂

  7. Hej. Fajny blog. Zgadzam się z Tobą. Przygotowanie jedzenia w domu do pracy to nie kwestia braku czasu, ale złej organizacji. Kłopot z jedzenie przynoszonym z domu jest tylko taki, że trzeba je odgrzewać w mikrofali. A to jest bardzo niezdrowe. Sama nosiłam jedzenie do biura i pamiętam, że serce mnie bolało kiedy wkładałam je do tego tajemnego sprzętu.
    Inna opcja to dawanie przez pracodawcę bonów na obiady. Najtańsza i najwygodniejsza. Są firmy, które tak robią, łącznie ze sponsorowaniem pracownikowi całodziennego wyżywienia:-)

Dodaj komentarz